Za każdym razem, kiedy jest kilka dni wolnego i można gdzieś pojechać, pojawia się dylemat: do Polski czy na wakacje?
Do Polski ciągnie, tam jest rodzina, przyjaciele i ulubione miejsca, ale chciałoby się też zobaczyć coś nowego, odkryć nowe miejsca czy zwyczajnie wyurlopować się porządnie. Nie jest tajemnicą, że odpoczynek w Polsce to żaden odpoczynek. Po pierwsze: na ile się nie pojedzie, zawsze jest za krótko. Żeby zobaczyć się ze wszystkimi, z którymi by się chciało, pójść wszędzie, załatwić wszystko. Zawsze na coś zabraknie czasu. Jak ktoś ma pecha, to może jeszcze usłyszeć "to przez 2 tygodnie nie zdążyłeś do mnie wpaść?!". Ludzie zawsze mają o to pretensje, a tymczasem nasz grafik jest wypełniony po brzegi i często trzeba robić gradację typu "jak mi starczy czasu, to jeszcze zrobię to i to".
Po drugie: jakikolwiek urlop w Polsce kosztuje tyle samo co egzotyczny urlop, dajmy na to na Majorce. Przelot, wyjścia, przyjemności, obowiązki, zakupy - i kasa leci. A jeszcze często Polak chodzi do lekarzy (prywatnie oczywiście), fryzjerów, kosmetyczek, bo te brytyjskie jakieś takie niegodne zaufania są. I drogie. Pójść w Szkocji do fryzjera za 25 funtów a w PL za 50 zł to nadal jest spora różnica. Więc ilekroć mamy okazję, to załatwiamy te wszystkie sprawy w ojczyźnie. Oczywiście jeśli starczy czasu...
Po trzecie: tęsknota tęsknotą, ale takie fajne, słoneczne wakacje, z plażą, palmami i basenem, też się człowiekowi należą. Zwłaszcza jak tyra u Szkota cały rok, często z nadgodzinami, często jest to praca fizyczna, ciężka. Ja mam to szczęście, że pracuję mało, ale i zarabiam mało. Mąż za to nadrabia z nawiązką, co niestety odbija się na jego zdrowiu i samopoczuciu. Wakacje pod palmą zdają się wybawieniem, zasłużonym odpoczynkiem, nie luksusem, a czymś, co się należy po całym roku zapierdzielu w fabryce.
Po czwarte: jeśli się mieszka i żyje w Szkocji, tak jak my i wiele rodzin, które tu znamy, do Polski przyjeżdża się "w gości". Nie mamy tam domu, w którym możemy czuć się swobodnie, spać w swoich łóżeczkach i jeść ze swoich miseczek. Nawet jeśli jesteśmy serdecznie przyjmowani, przez rodzinę czy przyjaciół, to zawsze jesteśmy "nie u siebie".
Dlatego kiedy człowiek ma wydać kilkaset funtów na urlop, to staje przed dylematem: dom czy wakacje?
niedziela, 22 czerwca 2014
środa, 4 czerwca 2014
Inaczej.
Na początku było okropnie. Jedzenie okropne, pogoda okropna, kawa okropna, a do domu daleko. Całymi dniami chodziłam struta i wynajdowałam nowe okropne argumenty przeciw.
Pewnego dnia szłam chodnikiem z nosem spuszczonym na kwintę, a z naprzeciwka szła kobieta. Kiedy mnie mijała, uśmiechnęła się do mnie.
Moja pierwsza myśl: "mam coś nie tak z ubraniem? fryzurą?", potem: "znamy się? Niemożliwe, przecież jestem tu kilka tygodni i nie poznałam nikogo. Hm".
Po kilku dniach następna dziwna sytuacja. Szłam sobie z zakupami do domu, ktoś szedł naszą uliczką i kiedy mnie mijał, powiedział "dzień dobry" (czyli morning!).
Yyyy...
Całkiem zaskoczona wymamrotałam odpowiedź.
Dziwni ci ludzie. Odzywają się, mimo że Cię nie znają. Kiedy napotkasz ich wzrok - uśmiechają się albo kiwną głową, jak na powitanie. Kiedy jesteś w sklepie i robi się tłoczno w alejce, zewsząd słychać sorry! I ci, co zagradzają drogę, i ci, co chcą przejść. Na ulicy jest tak samo - w drzwiach, na chodniku, jeśli ktoś przypadkiem zaszedł Ci drogę. Sorry! Nea bother! (czyli "Przepraszam! Nie ma za co!). Kiedy jedziesz z kimś windą nie ślepisz w ścianę czy podłogę - wymiana uśmiechów, uprzejmości i krótka rozmowa o pogodzie, jeśli wystarczy czasu. Pogoda jest tematem uniwersalnym i neutralnym na tyle, że towarzyszy każdemu spotkaniu. Gdy rozmawiasz z nieznajomym - temat rzeka, zawsze mnie pytają o pogodę w Polsce ("to prawda, że u was pada śnieg i jest minus 20 stopni w zimie?").
Często zagadują kasjerki w sklepach, kelnerzy. Proste "Jak się masz?" otwiera pole do krótkiej pogawędki o czymkolwiek.
Wiem, że Ayr jest mieściną w porównaniu do Wrocławia, wydaje mi się jednak, że powszechne pogaduszki jeszcze potęgują to wrażenie. Jakby wszyscy się tu znali.
Było okropnie, a teraz? Przymiotniki w mojej głowie zmieniły się na niesamowite, fajne, wspaniałe, super. Coraz więcej argumentów za.
Pewnego dnia szłam chodnikiem z nosem spuszczonym na kwintę, a z naprzeciwka szła kobieta. Kiedy mnie mijała, uśmiechnęła się do mnie.
Moja pierwsza myśl: "mam coś nie tak z ubraniem? fryzurą?", potem: "znamy się? Niemożliwe, przecież jestem tu kilka tygodni i nie poznałam nikogo. Hm".
Po kilku dniach następna dziwna sytuacja. Szłam sobie z zakupami do domu, ktoś szedł naszą uliczką i kiedy mnie mijał, powiedział "dzień dobry" (czyli morning!).
Yyyy...
Całkiem zaskoczona wymamrotałam odpowiedź.
Dziwni ci ludzie. Odzywają się, mimo że Cię nie znają. Kiedy napotkasz ich wzrok - uśmiechają się albo kiwną głową, jak na powitanie. Kiedy jesteś w sklepie i robi się tłoczno w alejce, zewsząd słychać sorry! I ci, co zagradzają drogę, i ci, co chcą przejść. Na ulicy jest tak samo - w drzwiach, na chodniku, jeśli ktoś przypadkiem zaszedł Ci drogę. Sorry! Nea bother! (czyli "Przepraszam! Nie ma za co!). Kiedy jedziesz z kimś windą nie ślepisz w ścianę czy podłogę - wymiana uśmiechów, uprzejmości i krótka rozmowa o pogodzie, jeśli wystarczy czasu. Pogoda jest tematem uniwersalnym i neutralnym na tyle, że towarzyszy każdemu spotkaniu. Gdy rozmawiasz z nieznajomym - temat rzeka, zawsze mnie pytają o pogodę w Polsce ("to prawda, że u was pada śnieg i jest minus 20 stopni w zimie?").
Często zagadują kasjerki w sklepach, kelnerzy. Proste "Jak się masz?" otwiera pole do krótkiej pogawędki o czymkolwiek.
Wiem, że Ayr jest mieściną w porównaniu do Wrocławia, wydaje mi się jednak, że powszechne pogaduszki jeszcze potęgują to wrażenie. Jakby wszyscy się tu znali.
Było okropnie, a teraz? Przymiotniki w mojej głowie zmieniły się na niesamowite, fajne, wspaniałe, super. Coraz więcej argumentów za.
niedziela, 1 czerwca 2014
Odpowiedzi na Wasze pytania cz.1
Jedna z Czytelniczek zadała pytanie: "jak synek się zaaklimatyzował?"
Najprostsza odpowiedź: Świetnie. Mimo naszych wielkich obaw od samego początku podobało mu się w Szkocji. Przylecieliśmy na tydzień przed rozpoczęciem roku szkolnego i Syn, który właśnie zakończył edukację przedszkolną, trafił do pierwszej klasy i zaczął nowe, szkolne życie tak samo, jak pozostali koledzy i koleżanki w klasie. Angielskiego znał tyle, że umiał policzyć do trzech, znał podstawowe kolory i umiał nazwać niektóre części ciała - tyle się nauczył w polskim przedszkolu. Był i nadal jest jedynym Polakiem w szkole, mimo to został przyjęty bardzo ciepło i szybko nawiązał pierwsze znajomości. Na początku było mu bardzo trudno ze względu na nieznajomość języka, ale dzieci tak naprawdę zawsze się dogadają w zabawie, a nauczyciele poradzili sobie po swojemu.
Szybko okazało się, że nasze obawy były zupełnie bezpodstawne. Czytałam kiedyś opinię psychologa, że dzieci przyjmują życie takie jakim jest - nie analizują plusów i minusów, nie żałują, nie oglądają się w przeszłość z nostalgią. Teraz mieszkamy w Szkocji i już. Dla niego najważniejsze było, że po dwóch latach rozłąki z tatą w końcu byliśmy w komplecie - jak wychodziliśmy na spacery Syn zawsze trzymał nas oboje za rękę i nie mógł się tym nacieszyć. Ma kolegów, zarówno szkockich jak i polskich, ma swoje zabawki, gry, ma częsty kontakt z rodziną w Polsce. Oczywiście, że tęskni. Czasem pyta, dlaczego tata nie może pracować w Polsce tak jak wujek i ciocia. Tłumaczymy mu wtedy, że tata woli pracować i mieszkać w Szkocji, a może za jakiś czas wrócimy wszyscy do Polski.
Parę dni temu był u nas kolega syna i razem siedzieli przy komputerze. Pomyślałam sobie, że nagram ich rozmowę, to zobrazuje w jakim stopniu Syn nauczył się angielskiego w ciągu niecałych dwóch lat. Jakość ukrytej kamery ;)
Czasem słyszę, jak ktoś mówi: "też bym wyjechał, gdyby nie dziecko". Błąd. Dziecko będzie szczęśliwe z rodzicami, nawet na końcu świata.
Najprostsza odpowiedź: Świetnie. Mimo naszych wielkich obaw od samego początku podobało mu się w Szkocji. Przylecieliśmy na tydzień przed rozpoczęciem roku szkolnego i Syn, który właśnie zakończył edukację przedszkolną, trafił do pierwszej klasy i zaczął nowe, szkolne życie tak samo, jak pozostali koledzy i koleżanki w klasie. Angielskiego znał tyle, że umiał policzyć do trzech, znał podstawowe kolory i umiał nazwać niektóre części ciała - tyle się nauczył w polskim przedszkolu. Był i nadal jest jedynym Polakiem w szkole, mimo to został przyjęty bardzo ciepło i szybko nawiązał pierwsze znajomości. Na początku było mu bardzo trudno ze względu na nieznajomość języka, ale dzieci tak naprawdę zawsze się dogadają w zabawie, a nauczyciele poradzili sobie po swojemu.
Szybko okazało się, że nasze obawy były zupełnie bezpodstawne. Czytałam kiedyś opinię psychologa, że dzieci przyjmują życie takie jakim jest - nie analizują plusów i minusów, nie żałują, nie oglądają się w przeszłość z nostalgią. Teraz mieszkamy w Szkocji i już. Dla niego najważniejsze było, że po dwóch latach rozłąki z tatą w końcu byliśmy w komplecie - jak wychodziliśmy na spacery Syn zawsze trzymał nas oboje za rękę i nie mógł się tym nacieszyć. Ma kolegów, zarówno szkockich jak i polskich, ma swoje zabawki, gry, ma częsty kontakt z rodziną w Polsce. Oczywiście, że tęskni. Czasem pyta, dlaczego tata nie może pracować w Polsce tak jak wujek i ciocia. Tłumaczymy mu wtedy, że tata woli pracować i mieszkać w Szkocji, a może za jakiś czas wrócimy wszyscy do Polski.
Czasem słyszę, jak ktoś mówi: "też bym wyjechał, gdyby nie dziecko". Błąd. Dziecko będzie szczęśliwe z rodzicami, nawet na końcu świata.
poniedziałek, 19 maja 2014
O jedzeniu.
Jedzenie jest inne. W Wielkiej Brytanii śmieją się ze Szkotów, że nie jedzą warzyw i owoców. Jest w tym sporo racji. Za warzywo uchodzą tu frytki, które dodawane są do większości potraw w restauracjach/barach. Kuriozum dla mnie było danie "naleśniki z brokułami i grzybami w sosie śmietanowym" podane z frytkami i to na jednym talerzu. Frytki oczywiście upaprane w tym sosie i rozmoczone do obrzydliwości. No ale naleśniki z frytkami? To już lekka przesada.
Kocham fish & chips. Ostatnio odkryłam, gdzie podają w szarym papierze na wynos, smakowite świeże fryty ze świeżą, mięciutką, pyszną rybką. Mąż z kolei lubuje się w wołowinie i burgerach. Najlepszy oczywiście jest burger ze szkocką wołowiną z bydła rasy Aberdeen Angus. Dopiero kiedy skosztowałam steka z tej rasy poznałam, jak bardzo może się różnić smak wołowiny. Lubię też balmoral chicken, to jest pierś drobiowa z haggisem i bekonem. Pycha. Smakuje mi haggis, chociaż uważam, że niewiele się różni od polskiej kaszanki.
Dzięki mojej zaprzyjaźnionej Cafe Buon zaczęłam lubować się w szkockich zupach. Dzisiaj na lunch zjadłam chicken & rice, czyli drobiowa z ryżem, ale Serena robi też pyszną lentil soup (w składzie marchew, por i soczewica), carrot & corriander (czyli marchew z kolendrą i szczyptą chilli), sweet potato & chilli (słodkie ziemniaki na ostro), czy pepper soup (pomidorowa z dużą ilością papryki).
Ryby i owoce morza są tu popularne i powszechne. W sklepach można kupić mrożone i świeże krewetki różnych rozmiarów, przegrzebki, małże i ryby takie jak: dorsz, łupacz czy okoń morski, że o tuńczyku i łososiu nawet nie wspomnę.
Typowo szkockim daniem, obok haggis, neeps and tatties (haggis z puree ziemniaczanym i puree z brukwi (!)) jest scotch pie - mięso w sosie zapiekane w cieście. Smaczne, cały obiad w jednym. Bardzo popularny jest macaroni cheese czyli makaron zapiekany z serem typu cheddar. Za warzywo/surówkę zwykle robi groszek - cały lub w formie puree, czyli mushy peas, fasolka w sosie pomidorowym lub brokuły z marchewką.
Jedzenie w barach, restauracjach, jedzenie na wynos (take away) i gotowe dania ze sklepu są tu najbardziej popularne. Widać to po rozmiarach kuchni w większości mieszkań. Dla polskich łakomczuchów jest na szczęście polski sklep, gdzie można kupić żur, barszcz, sery i wędliny, no i polski chleb.
Kocham fish & chips. Ostatnio odkryłam, gdzie podają w szarym papierze na wynos, smakowite świeże fryty ze świeżą, mięciutką, pyszną rybką. Mąż z kolei lubuje się w wołowinie i burgerach. Najlepszy oczywiście jest burger ze szkocką wołowiną z bydła rasy Aberdeen Angus. Dopiero kiedy skosztowałam steka z tej rasy poznałam, jak bardzo może się różnić smak wołowiny. Lubię też balmoral chicken, to jest pierś drobiowa z haggisem i bekonem. Pycha. Smakuje mi haggis, chociaż uważam, że niewiele się różni od polskiej kaszanki.
Dzięki mojej zaprzyjaźnionej Cafe Buon zaczęłam lubować się w szkockich zupach. Dzisiaj na lunch zjadłam chicken & rice, czyli drobiowa z ryżem, ale Serena robi też pyszną lentil soup (w składzie marchew, por i soczewica), carrot & corriander (czyli marchew z kolendrą i szczyptą chilli), sweet potato & chilli (słodkie ziemniaki na ostro), czy pepper soup (pomidorowa z dużą ilością papryki).
Ryby i owoce morza są tu popularne i powszechne. W sklepach można kupić mrożone i świeże krewetki różnych rozmiarów, przegrzebki, małże i ryby takie jak: dorsz, łupacz czy okoń morski, że o tuńczyku i łososiu nawet nie wspomnę.
Typowo szkockim daniem, obok haggis, neeps and tatties (haggis z puree ziemniaczanym i puree z brukwi (!)) jest scotch pie - mięso w sosie zapiekane w cieście. Smaczne, cały obiad w jednym. Bardzo popularny jest macaroni cheese czyli makaron zapiekany z serem typu cheddar. Za warzywo/surówkę zwykle robi groszek - cały lub w formie puree, czyli mushy peas, fasolka w sosie pomidorowym lub brokuły z marchewką.
Jedzenie w barach, restauracjach, jedzenie na wynos (take away) i gotowe dania ze sklepu są tu najbardziej popularne. Widać to po rozmiarach kuchni w większości mieszkań. Dla polskich łakomczuchów jest na szczęście polski sklep, gdzie można kupić żur, barszcz, sery i wędliny, no i polski chleb.
wtorek, 29 kwietnia 2014
Spikamy.
To zadziwiające, ilu w takim małym miasteczku jest obcokrajowców. Głównie za sprawą pracodawców: dziewczyny przyjeżdżają jako au-pair, chłopaki do fabryk i zakładów osadzonych wokół lotniska czy portu. Są też "naukowcy" - przyciągnięci tutaj wizją płatnych doktoratów. Większość z nich poznajemy na kursach angielskiego. Tak jak Natalię z Hiszpanii i Mariusza z Polski, którzy w ramach któregoś z europejskich programów prowadzą tutaj projekty naukowe. Albo Vanessę (Hiszpania) i Atessę (Niemcy), które opiekują się dziećmi i chodzą do koledżu. Oni wszyscy będą tu na chwilę, bo projekty trwają 1-2 lata a kontrakt au-pair jeden rok szkolny.
Są też Ci, którzy przenieśli się tu na stałe. Niektórzy przybyli 7-8 lat temu. I żyją sobie tutaj, tęskniąc za domem, ale świadomi, że w ojczyźnie nie czeka na nich nic, co by skusiło do powrotu. Jedni mają na utrzymaniu rodziny, np. gdzieś w Polsce B, inni wyjechali zaraz po szkole i chcą tu osiąść, kupić dom, założyć rodzinę.
Ciekawe jest, że wielu emigrantów, którzy są tu latami, posługuje się językiem angielskim w stopniu podstawowym. Czytanie czy pisanie to już trudna sprawa. To zaskakujące, bo lekcje języka, pisania, czytania, są tu organizowane przez Miasto i darmowe. W Anglii, gdzie mieszka M., nie ma takich prezentów dla przybyszów. Często słyszę od tych osób, że nie mogą czegośtam zrobić, bo za słabo znają angielski i muszą prosić kogoś o tłumaczenie. Czasem u lekarza, czasem w urzędzie, a czasem w sklepie z telefonami komórkowymi. Nomen omen w urzędach i gabinetach lekarskich zwykle można poprosić o zapewnienie tłumacza, ale znajomi Polacy nie korzystają.
Może jestem niesprawiedliwa, bo mi nauka języka przyszła łatwo. Nauczyłam się, bo chciałam, i zrobiłam to jako nastolatka. Teraz tylko poszerzam wiedzę, korzystam z darmowych kursów, oglądam tv, czytam codzienne gazety. Mogę zrozumieć, że ktoś nie ma do tego talentu. Ma głowę do czegoś innego, nie wiem, jakieś inne umiejętności, a na zdolności językowe już nie wystarczyło. Czasem jest trudno wchłonąć nowe rzeczy, bo wiek już zaawansowany i głowa nie ta. Pewnie tak samo można usprawiedliwić młodszych, może mają zdolności matematyczne albo ruchowe, język jest u nich na dalszym planie.
Konsekwencją nieznajomości, lub też niewystarczającej znajomości języka są ograniczenia towarzyskie. No bo jak się nie dogadasz, to z kim się możesz spotkać? I siedzą biedaki w domu, do pubu nie wyjdą, na mieście nie zjedzą, bo nie umieją zamówić, o kinie nie wspomnę. Pewnie nie wszystkim to przeszkadza.
W każdym razie cieszę się, że w naszym domu nie ma różnicy, czy gościmy Polaków czy nie. Cała nasza trójka rozmawia po angielsku z przyjemnością. Na ostatniej imprezie, pożegnaniu koleżanki Eleni, która wraca (niechętnie) na Cypr, poznaliśmy kilka nowych osób. Z Tajwanu, z Portugalii, ze Szkocji, z Anglii. Szkoci są dla nas, emigrantów, dość wyrozumiali, bo sami nie mówią po angielsku ;) Dlatego nie ma problemu żeby mówić wolniej czy powtórzyć, zawsze też chętnie uczą swojej gwary. Dla chcącego nic trudnego.
Cieszę się, że w naszym otoczeniu są ludzie różnorodni, wywodzący się z różnych krajów i kultur. Bardzo ciekawie się rozmawia na każdy temat. I wcale nie wszyscy mówimy perfekt po angielsku. I wcale nam to nie przeszkadza.
Są też Ci, którzy przenieśli się tu na stałe. Niektórzy przybyli 7-8 lat temu. I żyją sobie tutaj, tęskniąc za domem, ale świadomi, że w ojczyźnie nie czeka na nich nic, co by skusiło do powrotu. Jedni mają na utrzymaniu rodziny, np. gdzieś w Polsce B, inni wyjechali zaraz po szkole i chcą tu osiąść, kupić dom, założyć rodzinę.
Ciekawe jest, że wielu emigrantów, którzy są tu latami, posługuje się językiem angielskim w stopniu podstawowym. Czytanie czy pisanie to już trudna sprawa. To zaskakujące, bo lekcje języka, pisania, czytania, są tu organizowane przez Miasto i darmowe. W Anglii, gdzie mieszka M., nie ma takich prezentów dla przybyszów. Często słyszę od tych osób, że nie mogą czegośtam zrobić, bo za słabo znają angielski i muszą prosić kogoś o tłumaczenie. Czasem u lekarza, czasem w urzędzie, a czasem w sklepie z telefonami komórkowymi. Nomen omen w urzędach i gabinetach lekarskich zwykle można poprosić o zapewnienie tłumacza, ale znajomi Polacy nie korzystają.
Może jestem niesprawiedliwa, bo mi nauka języka przyszła łatwo. Nauczyłam się, bo chciałam, i zrobiłam to jako nastolatka. Teraz tylko poszerzam wiedzę, korzystam z darmowych kursów, oglądam tv, czytam codzienne gazety. Mogę zrozumieć, że ktoś nie ma do tego talentu. Ma głowę do czegoś innego, nie wiem, jakieś inne umiejętności, a na zdolności językowe już nie wystarczyło. Czasem jest trudno wchłonąć nowe rzeczy, bo wiek już zaawansowany i głowa nie ta. Pewnie tak samo można usprawiedliwić młodszych, może mają zdolności matematyczne albo ruchowe, język jest u nich na dalszym planie.
Konsekwencją nieznajomości, lub też niewystarczającej znajomości języka są ograniczenia towarzyskie. No bo jak się nie dogadasz, to z kim się możesz spotkać? I siedzą biedaki w domu, do pubu nie wyjdą, na mieście nie zjedzą, bo nie umieją zamówić, o kinie nie wspomnę. Pewnie nie wszystkim to przeszkadza.
W każdym razie cieszę się, że w naszym domu nie ma różnicy, czy gościmy Polaków czy nie. Cała nasza trójka rozmawia po angielsku z przyjemnością. Na ostatniej imprezie, pożegnaniu koleżanki Eleni, która wraca (niechętnie) na Cypr, poznaliśmy kilka nowych osób. Z Tajwanu, z Portugalii, ze Szkocji, z Anglii. Szkoci są dla nas, emigrantów, dość wyrozumiali, bo sami nie mówią po angielsku ;) Dlatego nie ma problemu żeby mówić wolniej czy powtórzyć, zawsze też chętnie uczą swojej gwary. Dla chcącego nic trudnego.
Cieszę się, że w naszym otoczeniu są ludzie różnorodni, wywodzący się z różnych krajów i kultur. Bardzo ciekawie się rozmawia na każdy temat. I wcale nie wszyscy mówimy perfekt po angielsku. I wcale nam to nie przeszkadza.
sobota, 26 kwietnia 2014
Kocham Wrocław. Zawsze mówiłam, że mam w moim mieście wszystko, czego potrzebuję do życia. Nie chciałam wyjeżdżać. Nigdy.
Los, a raczej Mąż, zdecydował inaczej. Dziś mieszkamy tysiące kilometrów od Wrocławia a za każdym razem, kiedy tam wracam, czuję się jak w domu. Cieszę się ze wszystkich widocznych zmian in plus i z lekkością ignoruję wszystkie in minus.Ostatnio na zajęcia z angielskiego mieliśmy przygotować turystyczną prezentację swojego miasta, maksymalnie 5 minut. Moja zaczęła się od ponad 30 slajdów w PowerPoincie a gadane miałam na godzinę. Przez tydzień się głowiłam jak ją skrócić i co wyrzucić. Jest tyle miejsc, którymi chciałabym się pochwalić, z których jestem dumna, które uważam za wyjątkowe, że trudno było wybrać. Uważam, że Wrocław jest wart pokazania wszystkim turystom z całego świata. A tymczasem kiedy rozmawiam z "lokalsami" okazuje się, że nawet jeśli ktoś z nich był w Polsce, to zwykle w Krakowie, czasem zahaczając o Zakopane, a jeden był w Warszawie, 20 lat temu.
Z miasta, w którym teraz mieszkamy, są bezpośrednie, tanie loty Ryanairem do Wro. Piękne miejsca, baza noclegowa, ludzie mówiący po angielsku, bary i restauracje otwarte do późnych godzin nocnych serwujące pyszności i serdeczną atmosferę. Atrakcje dla dzieci, zabytki, stadion z koncertami i meczami. Jak to się dzieje, że kiedy na pytanie: "skąd pochodzisz?" odpowiadam: "Wrocław or Wroclaw or Breslau", Szkoci nie wiedzą o czym mówię.
Teraz, kiedy znam tu więcej ludzi, chciałabym im wszystkim pokazać moje piękne miasto, opowiedzieć o jego historii i o tym, jak jestem z niego dumna.
Cóż poradzić na to, że Szkoci wolą spędzać urlopy w Hiszpanii.
Los, a raczej Mąż, zdecydował inaczej. Dziś mieszkamy tysiące kilometrów od Wrocławia a za każdym razem, kiedy tam wracam, czuję się jak w domu. Cieszę się ze wszystkich widocznych zmian in plus i z lekkością ignoruję wszystkie in minus.Ostatnio na zajęcia z angielskiego mieliśmy przygotować turystyczną prezentację swojego miasta, maksymalnie 5 minut. Moja zaczęła się od ponad 30 slajdów w PowerPoincie a gadane miałam na godzinę. Przez tydzień się głowiłam jak ją skrócić i co wyrzucić. Jest tyle miejsc, którymi chciałabym się pochwalić, z których jestem dumna, które uważam za wyjątkowe, że trudno było wybrać. Uważam, że Wrocław jest wart pokazania wszystkim turystom z całego świata. A tymczasem kiedy rozmawiam z "lokalsami" okazuje się, że nawet jeśli ktoś z nich był w Polsce, to zwykle w Krakowie, czasem zahaczając o Zakopane, a jeden był w Warszawie, 20 lat temu.
Z miasta, w którym teraz mieszkamy, są bezpośrednie, tanie loty Ryanairem do Wro. Piękne miejsca, baza noclegowa, ludzie mówiący po angielsku, bary i restauracje otwarte do późnych godzin nocnych serwujące pyszności i serdeczną atmosferę. Atrakcje dla dzieci, zabytki, stadion z koncertami i meczami. Jak to się dzieje, że kiedy na pytanie: "skąd pochodzisz?" odpowiadam: "Wrocław or Wroclaw or Breslau", Szkoci nie wiedzą o czym mówię.
Teraz, kiedy znam tu więcej ludzi, chciałabym im wszystkim pokazać moje piękne miasto, opowiedzieć o jego historii i o tym, jak jestem z niego dumna.
Cóż poradzić na to, że Szkoci wolą spędzać urlopy w Hiszpanii.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Wyspa Arran (dzień drugi).
Niełatwo jest opisać wycieczkę po 2,5 roku, ale spróbuję... Czas na drugą część relacji z dwudniowej wycieczki na Arran. Sporo czasu upłynę...
-
Subiektywna lista aktorów pochodzenia szkockiego, których znam z filmów lub seriali. Jednych znacie bardzo dobrze a innych kojarzycie z twar...
-
Przy planowaniu wycieczek kierujemy się całkowicie subiektywnymi kryteriami. Zwykle szukamy miejsc, które wydają nam się interesujące - ogro...