czwartek, 8 stycznia 2015

Party po szkocku.

Łatwo nie jest. Alkohol można kupić w sklepie od 10:00 do 22:00. Raz robiliśmy w sobotę rano zakupy na wieczorną domówkę, ale butelki wina musieliśmy oddać - było przed 10:00 i kasjerka odmówiła sprzedaży. W pubach, restauracjach i klubach jest nieco lepiej - można sobie dogadzać aż do zamknięcia, z tym że zamknięcie zwykle następuje około północy a kluby taneczne są otwarte do 2:00-2:30. Stąd bardzo popularne zjawisko "biforków" czyli popijawy w domu przed wyjściem na miasto, bo na mieście warto być około 22:00, zostaje więc mało czasu, żeby się porządnie rozweselić.

Poszłam Ci ja na party świąteczne (Christmas Party). Kupiłam bilet za 38 funtów, w tej cenie był powitalny kieliszek likieru, trzydaniowy obiad i kawa. Do tego tańce przy muzyce na żywo na zmianę z DJ-em. Alkohol można było kupić w jednym z trzech barów, gatunków rozmaitość, ceny niewygórowane.
Party zaczynało się o 19:00, chociaż część z 600 gości pojawiła się dopiero około 21:00. Stoliki ośmioosobowe, więc często były to paczki przyjaciół, kolegów z pracy. Obok naszego stolika ośmiu smakowitych babeczek miejsce zajęło ośmiu narąbanych kawalerów. Przyszli na party nieźle już zaprawieni, co dla jednego z nich miało bardzo niemiły skutek. Pan ów, w trakcie jedzenia podanej kolacji, po prostu zwymiotował. Tak, dobrze widzicie. Facet w białej koszuli w paski, siedząc z kolegami przy kolacji, zarzygał się dokumentnie. Ale nie to jest najgorsze. Po wizycie w toalecie, gdzie próbował doprowadzić się do porządku, pan wrócił do stolika i bawił się w swojej zarzyganej koszuli do końca imprezy. Takie kuriozum. Poza brązowymi plamami na koszuli i smrodkiem właściwie nic się nie stało, co nie?

Zabawy w szkockim wydaniu przypominają polskie wesela. Są konkursy, można wygrać nagrody. Specyficzna dla świątecznego party była muzyka - "All I want for Christmas is you" oraz "Last Christmas" grali tego wieczora chyba po 20 razy, zarówno na żywo jak i z płyt DJ-a. Najlepsze jednak wydarzyło się na końcu. Wszyscy goście, którzy do końca zostali, złapali się pod boczki (jak w Zorbie) i wspólnie odśpiewali "Bonnie Banks of Loch Lomond" ("Piękne brzegi jeziora Lomond" - znajdującego się niedaleko Ayr). Pieśń ta wiele znaczy dla Szkotów, śpiewają ją też na stadionach. 




Dziwnie na nas patrzyli rozśpiewani i rozbawieni Szkoci, bo... nie znałyśmy tekstu! Ruszałyśmy ustami próbując markować śpiew, po kilku zwrotkach refren miałyśmy już opanowany, ale nadal słabo. Nie wiem, czy to standardowe zakończenie tego typu imprez. W Polsce zwykle jest to "To jest już koniec" Elektrycznych Gitar. 
Przez to, że jako jedna z niewielu nie umiałam tego śpiewać, spodziewałam się jakiegoś ukamienowania czy innego rozlewu krwi pt. "Przeklęci emigranci przyjeżdżają tu i zabierają nam pracę". Na szczęście po piosence wszyscy się kulturalnie rozjechali do domów.

A wspominałam, że zespół był ubrany w kilty? Super widok jak klawiszowiec w rozkroku stoi w spódnicy i naparza w klawisze :)

wtorek, 9 grudnia 2014

Aktualności grudniowe.

Za mną dwa miesiące świętowania okrągłych urodzin. Zaczęło się 10 października, od przyjazdu kochanych psiapsiółek, a skończyło 5 grudnia wyjazdem rodziny. 
Bardzo jestem wdzięczna wszystkim, którzy mogli i zdecydowali się przyjechać do Szkocji, żeby spędzić ze mną ten czas. Dostałam mnóstwo wspaniałych prezentów, ale przede wszystkim wiele miłości, ciepła i sympatii.
Następne takie urodziny za 10 lat. Oby we Wrocławiu.

Jednym z prezentów były... lekcje jazdy samochodem. To będzie moja kolejna próba uzyskania prawa jazdy. Żeby było łatwiej będę się uczyć ruchu lewostronnego z kierownicą po prawej. Przede mną nauka teorii i test - wszystko w języku angielskim, oraz lekcje z instruktorem imieniem Euan (czyt.: Juen). Podobno jest bardzo cierpliwy. Oby.


Zajęłam się też wolontariatem. Myślałam o tym od dłuższego czasu, szukałam sobie odpowiedniego miejsca. Susan, moja nauczycielka angielskiego, rzuciła kiedyś:

- A myślałaś o nauczaniu języka? 
- Ja? Przecież sama się muszę jeszcze wiele nauczyć.
- Nie szkodzi. Są ludzie, którym możesz pomóc.

Tym sposobem trafiłam na kurs dla wolontariuszy w nauczaniu osób dorosłych (Volunteer Tutors' Training). Kurs jest sponsorowany przez miasto i trwa 10 tygodni. Przede mną ostatnie zajęcia w najbliższy piątek ale już zaczęłam pomagać.

Raz w tygodniu pomagam Susan z grupą, w której jest kilkoro Polaków. Czasem trzeba coś wytłumaczyć po polsku, coś podpowiedzieć, poćwiczyć. Niedługo zacznę też pracę z Polakiem po wylewie, któremu potrzebna pomoc w nauce angielskiego. Okazuje się, że Polacy często potrzebują lekcji "jeden na jeden", a bariera językowa utrudnia im naukę. Mówimy tu o dorosłych, często z pokolenia, które w szkole miało tylko rosyjski, i rzuceni na głęboką wodę w Szkocji próbują nadążyć, ogarnąć rzeczywistość. Wolontariuszy zawsze brakuje.
Mam nadzieję, że dzięki wolontariatowi zyskam kontakty, praktykę, a z czasem zaowocuje to ciekawą pracą. Taką, do której chętnie się wstaje codziennie rano.


wtorek, 4 listopada 2014

Szkocka zupa: carrot and coriander czyli marchewkowa z kolendrą.

Dziś wypróbowuję taki przepis:
1 cebulkę poddusić do miękkości, dodać 1 ziemniaka pokrojonego w kostkę i łyżkę mielonej kolendry (nie mam, dałam trawę cytrynową), dusić 1 minutę. Dodać ok. 0,5 kg obranej i pokrojonej marchewki, zalać 1,2 l bulionu i gotować 20-30 min. Na koniec zmiksować wszystko z garścią świeżej kolendry.

Zupę jadłam już wiele razy, bardzo ją polubiłam, ale nigdy nie próbowałam zrobić w domu. Bardzo zachęcające zapachy dochodzą właśnie z kuchni...

Minęło jakieś 30 minut i... gotowe.
Oto moja zupka:


Z chrupiącym tostem z masłem - znakomity lanczyk na chłodny dzień.


sobota, 1 listopada 2014

Samhain (gaelickie Halloween).

To nie było nasze pierwsze Halloween w życiu. Nawet nie pierwsze w Szkocji. Ale po raz pierwszy poszliśmy na imprę. Ja się przebrałam a Mąż bawił się świetnie. Jego słowa po wyjściu z impry: "W przyszłym roku też się przebieram". Ale od początku...

Syn do szkoły poszedł w przebraniu. Poranna droga do szkoły w Halloween to zawsze super sprawa - mijamy dzieci i dorosłych w najróżniejszych kostiumach i makijażach. Są księżniczki, cyganki, superbohaterowie, są oczywiście trupioblade twarze zombi, wampirów i innych przerażających stworów. Najbardziej mnie rozbawił chłopczyk około 4-5- letni, jakiś metr wzrostu, w obszarpanym i pokrwawionym stroju zombiaka i twarzą pomalowaną na biało z krwawymi śladami. 5-letnie zombi biegające dookoła maminych nóg. Przeurocze.






















(To tylko przykładowe zdjęcia z internetu, w szkole jest zakaz fotografowania dzieci)

Po zmroku poszliśmy do znajomych, żeby pozbierać słodycze po sąsiadach. Nasz pierwszy raz. Znajoma z synem mieszka w bloku, przeszliśmy więc po wszystkich piętrach. Chłopaki przebrani w brytyjskim duchu Halloweenowym - za Ponurego Żniwiarza i "Zombie Killera" - to mój Syn wymyślił, miał pokrwawioną piłę łańcuchową z plastiku i dość paskudny, krwawy i wrzodliwy makijaż.
Sąsiedzi znajomej sprawili się dobrze, chłopaki nazbierali sporo słodyczy i gotówki, w zamian opowiadali swoje przygotowane dowcipy.

Dostaliśmy nieoczekiwany prezent od znajomej - Syn został u niej na nocowanie. Dzięki temu rodzice mogli poszaleć na mieście, a działo się! W Halloween w wielu miejscach można spotkać "przebierańców". Normą jest, że w sklepach i restauracjach obsługa zakłada kostiumy, często  zbierają tego dnia datki na cele charytatywne. Nie wiem, jak jest w mniejszych i większych firmach, zakładam, że hulaj dusza - jak chcesz to się przebierasz.
Za to wieczorem... W tym roku szczęśliwie Halloween wypadło w piątek. Idealny czas na imprezkę. A puby, restauracje i kluby pełne były pomysłowych przebierańców, specjalnych zabaw i konkursów.
Atmosfera była bardzo serdeczna, bo kostiumy zawsze wzbudzają zainteresowanie, uśmiech i poklepywanie po plecach. Pomysłowość ludzka nie zna granic i co chwilę wołaliśmy "WOW! Widziałeś tego bobasa! A patrz na tego Ghostbustera" (nawiasem mówiąc wygrał konkurs na najlepszy kostium). Różowa peruka krążyła od głowy do głowy i każdy, kto się nie przebrał, chciał mieć w niej zdjęcie. Tańce, hulanki, swawole, kupa śmiechu i zabawy.

Zawsze to podziwiałam w innych narodach - w Anglosasach szczególnie - umiejętność żartowania z siebie, założenia śmiesznego kostiumu i pójścia w miasto, wyluzowania. Polakowi ciężko jest wyjść z martyrologicznej skorupy i zwyczajnie się bawić.

A to ja, w kostiumie (na usprawiedliwienie dodam, że skleconym na prędce z materiałów znalezionych w domu), który Syn zatytułował "Katy Perry w przebraniu klauna".



Wiem, wiem. Wyglądam powalająco :)

poniedziałek, 27 października 2014

Wycieczka do Dumfries House.

Wiele było wątpliwości na temat celu naszej wyprawy. "Dom warto zwiedzić, jeśli interesują was meble". "Ma być silny wiatr a tam jest dużo drzew, może być niebezpiecznie". "Ma padać, to raczej na spacer nie pójdziemy".

Tu trzeba powiedzieć jedno: w Szkocji do pogody trzeba się dostosować. Gdyby człowiek patrzył na to, że pada i wieje, to by nie wychodził z domu przez połowę roku. 
Łaziki, takie jak my, muszą być porządnie zaopatrzone w garderobę odporną na wiatr i deszcz. Odpowiednie bluzy, spodnie i buty są tu niedrogie i powszechne. Dawno już się przekonałam, że polskie wełniane swetry się tu nie sprawdzą, a zamiast wiecznego narzekania na pogodę lepiej założyć nieprzemakalne spodnie i kurtkę. W końcu nic nie poradzę na tutejszy klimat a od kiedy się wyposażyłam w to wszystko jestem o wiele szczęśliwsza i śmieję się pod nosem z tych "nieprzystosowanych".


Wracając do wycieczki.
Niedaleko - około 30 minut autem z Ayr. Dumfries House to 8 km kw. parku, ogrodów i zabudowań, które ocalono przed ruiną raptem kilka lat temu. Prace wciąż trwają: arboretum dopiero zasadzono, ogród (Walled Garden) utworzono w ciągu ostatnich dwóch lat a fontanna przed budynkiem została uroczyście oddana do użytku... 6 dni temu (21.10.2014). Czuliśmy się trochę jak szczęściarze, trochę jak pionierzy. Wszystko takie nowe, chociaż stare. Widać olbrzymią robotę, jaką fundacja wykonała, żeby posiadłość była atrakcyjna dla odwiedzających.



Cały projekt prowadzony jest pod patronatem Księcia Karola, który wyłożył połowę z 50 milionów funtów potrzebnych na przywrócenie świetności Dumfries House. Królowa Elżbieta objęła patronatem ogród, w którym podziwiać można różnorodność warzyw, owoców i kwiatów na grządkach i w szklarniach. Trafiliśmy na piękne dynie, w klimacie nadchodzącego Halloween.

Na wycieczkę z przewodnikiem warto się wybrać pod warunkiem, że znacie dobrze język angielski. Pan przewodnik mówił bardzo szybko i po szkocku, ale sporo udało nam się zrozumieć a podał dużo ciekawostek na temat kolekcji mebli Thomasa Chippendale'a zgromadzonej w Dumfries House. W końcu nie codzienne można podziwiać szafę wartą 20 milionów funtów.

Bardzo nam się podobał park i ogród, chociaż nie mogliśmy w pełni docenić ich urody, bo Pani Jesień postrącała już liście z większości roślin. Rośnie tam kilka dorodnych krzaków popłochu - symbolu Szkocji, często mylonego z ostem. Pierwszy raz widziałam popłoch na żywo! 

Na pewno tam wrócimy o jakiejś cieplejszej porze, kiedy ogród nabierze barw i zapachów a zieleń parku zaprosi nas na długi spacer.


wtorek, 21 października 2014

Jesień w Loch Lomond.

Korzystając z ciągle ładnej pogody postanowiliśmy wybrać się na wycieczkę w poszukiwaniu jesieni. Chcieliśmy miejsca niezbyt odległego, z pięknymi lasami, gdzie jest nadzieja na grzyby i długi spacer. Wybraliśmy Park Narodowy Loch Lomond, niecałe 100 km od Ayr (dojazd autem zajął nam jakieś 1,5 godziny).


Jesień otoczyła nas tam w całej swej urodzie. Piękne, złoto-czerwone barwy liści, widok na jezioro i pobliskie góry, trasy spacerowe w parkach i lasach - bardzo miły sposób spędzenia soboty.



Jezioro Lomond i otaczający je park narodowy stanowią swoistą granicę między nizinną Szkocją (Lowlands) a górami (Highlands). To część szkockiego uskoku tektonicznego zwanego Highland Boundary Fault, który od wschodu do zachodu wyspy dzieli Szkocję na przemysłową - pełną miast i dróg szybkiego ruchu, i pierwotną - zdominowaną przez góry, jeziora, lasy i dziką przyrodę. Teren ceniony przez miłośników górskich wędrówek i czystego, nocnego nieba, którego bogactwo konstelacji zapiera dech w piersiach.




Ale my, mieszczuchy, mieliśmy raptem kilka godzin. Wycieczkę zaczęliśmy w Balmaha, gdzie znajduje się centrum informacyjne parku i początek tras spacerowych wzdłuż jeziora i wgłąb lasu. Spędziliśmy dobrych parę minut na plaży wybierając najdziwniejsze i najładniejsze kamienie. Przeszliśmy się lasem na wzgórze Conic Hill (raptem 361 m.) skąd podziwialiśmy jesienną panoramę.



Zbieraliśmy złote i czerwone liście, robiliśmy zdjęcia, oddychaliśmy świeżym powietrzem i cieszyliśmy oczy. Na szczęście znaleźliśmy też czas na szybką kawę, a kawiarnia w Balmaha to bodaj najpiękniejsze takie miejsce jakie do tej pory widziałam w Szkocji. St Mocha Cafe ma klimatyczny wystrój i pyszną kawę. Gdyby nie Mąż, poganiający do dalszej drogi, pewnie spędziłabym tam większość tej soboty.




Trzeba było jednak jechać dalej, tym razem do Balloch. Miasto także znajduje się nad jeziorem, ale zamiast dzikiego lasu i wzgórz oferuje park i zamek (obecnie w remoncie). Tu absolutnie straciłam głowę dla czerwonych klonów i złotych dębów.




Pod tymi właśnie złotymi dębami znaleźliśmy w końcu grzyby. Jedynie kilka borowików i dwa kozaki, ale jak dotąd to nasze największe osiągnięcie w zbieraniu grzybów (bo oczywiście je zebraliśmy i ususzyliśmy). Jest więc nadzieja. Wiemy już, gdzie jechać, nie jest daleko, a radość wielka.



niedziela, 19 października 2014

Clanadonia czyli szkocka muzyka popularna.

Kto był w Glasgow, ten zna ich z deptaka. Za każdym razem, gdy tam jestem, pędzę w okolicę handlową z nadzieją, że będą. I tym razem nie zawiedli. 
Już z dala do naszych uszu dolatywały dźwięki bębnów i kobzy. 
Clanadonia to zespół bardzo energiczny, energetyczny, pozytywny. Zawsze otoczony sporym kręgiem publiczności. Ludzie stoją dookoła z uśmiechami na twarzach, przytupują do rytmu, czasem klaszczą, śmieją się, najodważniejsi tańczą. Rytm porywa, bębny swoim basem przywołują. Zwróćcie uwagę na panią w niebieskiej kurtce, mniej więcej na środku zdjęcia. Tak, słucha z opadniętą szczęką ;)



Uwielbiam ich dzikość, energię, nawet ich stroje - stylizowane na tradycyjne, w jednakowych kolorach ziemi. Cali są jakby z natury, z gaelickimi zaśpiewami, z tańcem jakby dzikich plemion. Niesamowity miks, który musi się podobać, bo trafia do środka, przywołuje coś pierwotnego, coś, co jest w każdym człowieku.
Tym razem kupiłam płytę (cena 10 funtów na miejscu, 13 w ich sklepie internetowym). Wybór był trudny: oryginalna lub nowa. Zdecydowałam się na ich pierwszą płytę, bo jak wiadomo "pierwsza płyta najlepsza". Teraz jest stałym repertuarem w aucie i stanowi znakomite tło naszych wycieczek po Szkocji.
Jeśli chcecie posłuchać, próbki są na ich stronie tutaj. A jeśli kiedykolwiek będziecie mieli szansę - koniecznie zobaczcie ich na żywo. Płyta nie jest w stanie oddać całego spektaklu, który panowie z Clanadonii przygotowują dla publiczności.

wtorek, 7 października 2014

Outlander

Wczoraj skusiłam się na pierwszy odcinek serialu "Outlander". Jest to amerykański serial z 2014 r. będący adaptacją powieści "Obca" Diany Gabaldon.
Serial był kręcony w Szkocji bez specjalnego rozgłosu. Pierwszy odcinek umiejscowiony jest w Inverness i okolicach - 330 km od nas w kierunku północno-wschodnim. Zimniej, mokrzej i tak soczyście szkocko. 

Po dwóch latach mieszkania tutaj zupełnie inaczej patrzę na motywy szkockie w filmach. Teraz mają dla mnie sens. Nazwy, tradycje, stroje, język - to wszystko teraz brzmi znajomo. 
W serialu "Outlander" mówią pięknie po szkocku i gaelicku, przy czym o ile w miarę rozumiem szkocki, to gaelicki  jest dla mnie absolutnie kosmiczny, wręcz egzotyczny. Kiedy słyszę gaelicki mam wrażenie, że cofnęłam się w czasie, całkiem jak bohaterka serialu.
Po obejrzeniu pierwszego odcinka widzę, że serial przedstawia Szkocję romantyczną, nieco mroczną, magiczną, waleczną - zgodną z wyobrażeniami większości ludzi. Warto zobaczyć serial chociażby dla pięknych, naturalnych, szkockich scenerii - skądinąd miło, że twórcy serialu sięgnęli po prawdziwe szkockie krajobrazy a nie wybrali się np. w Sudety.
Niestety żaden polski kanał telewizyjny nie emituje "Outlandera" w tej chwili, można go jedynie znaleźć na internetach.

sobota, 20 września 2014

Skini.

Pewnego dnia szłam sobie chodnikiem a z naprzeciwka szedł facet. Wysoki, dobrze zbudowany, z daleka przystojny. W miarę jak się zbliżał zaczęłam dostrzegać więcej szczegółów: łysą głowę, podwinięte dżinsy, wysokie czarne buty i charakterystyczny znak na czarnym t-shircie.
Skinhead.
I po raz pierwszy w życiu ogarnął mnie strach.
"To ja" pomyślałam, "ja jestem w tym kraju jego wrogiem!" W Polsce nigdy się nie bałam skinów, nie czułam zagrożenia (oczywiście nigdy żaden nie podszedł do mnie w ciemnej uliczce i nie zażądał mojego telefonu, portfela ani butów). W końcu w Polsce byłam u siebie. Tu jestem jedną z "onych". "Oni" przyjechali żeby zabrać nam pracę, mieszkania, miejsca w szkołach i zasiłki. "Oni" się tu panoszą, nie mówią po angielsku i chcą mieć prawa. Po raz pierwszy w życiu poczułam, że mogę paść ofiarą nacjonalistów, osób wrogich "innym".

Tym większym zaskoczeniem była dla mnie informacja, że w Glasgow skini zaatakowali... nacjonalistów. Skini popierają unię. Skini są przeciwko separatystom.

Nie rozumiem. 

Koniec końców teraz już wiem co odpowiedzieć na zaczepki skinów, jeśli kiedykolwiek takich doświadczę. "Głosowałam NO!" To powinno mnie uratować. Oczywiście jest to marna linia obrony w przypadku ataku ze strony separatystów. Wtedy nic mnie już nie uratuje, bo nie dość, że imigrantka to jeszcze głosowała za zniszczeniem Szkocji. 
Ciężki żywot "innej".

http://londynek.net/wiadomosci/Zamieszki+w+Glasgow.+Atak+skinheadow+po+szkockim+referendum+wiadomosci+news,/wiadomosci/article?jdnews_id=24826

czwartek, 18 września 2014

Jak wygląda głosowanie?

Jak wyglądało głosowanie w sprawie niepodległości?
Pierwsza różnica: odbyło się w czwartek. Ludzie mają cały dzień, od 7:00 do 22:00, by pojawić się osobiście w swoim lokalu wyborczym. Można też głosować przez pocztę (wielu Szkotów wcześniej oddało swój głos w ten sposób), lub przez pełnomocnika.
Uprawnieni do głosowania są obywatele Szkocji, UE i krajów wspólnoty mieszkający tu na stałe w wieku od 16 lat.
Poszliśmy zatem do naszego lokalu wyborczego. Przed lokalem stały osoby z emblematami YES i NO Thanks i uprzejmie nas witały. Lokal podzielony był na 2 komisje wg ulic zamieszkania. Komisji podaliśmy swoje nazwiska i adresy (nie pokazuje się ID, bo w tym kraju nie ma obowiązku posiadania takowego). Dla ułatwienia sobie i komisji życia pokazaliśmy swoje potwierdzenia rejestracji ("polling card"), które pani z komisji wyrzuciła do "tajnych śmieci" ("confidential"), a pan wykreślił nasze nazwiska z listy (ołówkiem). Potem pani wydarła dla nas 2 karty do głosowania z bloczku z klejem i wręczyła nam po jednej. W kabinach do głosowania przywiązane były ołówki (ponoć są to specjalne, nieścieralne), więc na wszelki wypadek oboje użyliśmy długopisu. Nasze karty wrzuciliśmy do urny i wyszliśmy.
Jak podają media 97% zarejestrowanych zadeklarowało chęć wzięcia udziału w głosowaniu. I teraz "Głosy oddane w każdym z 32 okręgów wyborczych będą liczone natychmiast po zamknięciu lokali wyborczych i przekazywane do sprawdzenia w Edynburgu. Z kolei głosy z odległych wysp będą transportowane do stolicy statkami i śmigłowcami. Rezultat referendum w poszczególnych okręgach wyborczych będzie podawany do wiadomości zaraz po przeliczeniu oddanych tam głosów. Oczekuje się, że wynik szkockiego referendum zostanie ogłoszony w piątek wczesnym rankiem" (emito.net)
Jutro wolne od szkoły. Rano się okaże, w jakim kraju będziemy mieszkać - w Wielkiej Brytanii czy Szkocji.

Tak czy nie?

Dziś wielki dzień w życiu Szkocji. Bez przelewu krwi, bez wojny, bez wielu lat okupacji, Szkoci zdecydują, czy chcą mieć własne państwo.

Jednak nie tylko Szkoci i nie wszyscy Szkoci. Prawo do oddania głosu mają mieszkańcy Szkocji niezależnie od narodowości, Jednocześnie ci, którzy mieszkają poza jej granicami, choćby byli spadkobiercami wielowiekowej tradycji, głosować nie mogą. Dochodzi więc do paradoksalnej sytuacji, gdzie np. ludzie ze znikomą znajomością języka angielskiego (a kampanie były prowadzone w większości po angielsku), bez wiedzy o historii i tradycjach Wielkiej Brytanii, będą decydować o przyszłości Szkocji. Czy mają prawo?

Czy my, mieszkając tu od kilku lat, możemy się wypowiedzieć na temat suwerenności kraju, na temat jego przyszłości, w kontekście historycznym, ekonomicznym, społecznym? Czy wolno nam wyskoczyć jak pajac z pudełka i zmienić wynik głosowania?

Odpowiedź jest prosta: możemy. Jesteśmy uprawnieni, a to znaczy, że rząd Szkocji dał nam przyzwolenie na decydowanie o przyszłości tego kraju. Nie jest to może nasza ojczyzna i raczej mnie nie zobaczycie na barykadach ze szkocką flagą. Jestem Polką i zawsze będę. Jednakże nasz syn powoli wrasta w Szkocję. Być może kiedyś będzie to jego ojczyzna. A może pojedzie do Timbuktu i tam osiądzie? Kto mu zabroni? I wiecie co? Gdziekolwiek w świecie się znajdzie, dopóki będzie miał polski paszport, dopóty będzie mógł wziąć udział w polskich wyborach.
Biedni Szkoci, rozsiani po całym świecie, mogą się tylko przyglądać z oddali, jak Polacy, Hindusi, Rumuni, Chińczycy i wszystkie inne nacje głosują tak lub nie.
Bo zdania są podzielone, niezależnie od narodowości. Badania pokazujące statystyki są różne, na jedno większościowe tak zaraz pojawia się większościowe nie. Wszędzie jednak różnice są bardzo małe - kilka punktów procentowych, 47% czy 52%, wielka niewiadoma. Wśród znajomych Polaków są zwolennicy obydwu obozów. Żeby było zabawnie to znam tu dwoje rodowitych Anglików i oboje są na tak.

A dlaczego ja głosuję na nie? Bo nie lubię hazardu. Jestem racjonalistką i w bajki wierzę tylko w kinie i literaturze. I choć w głębi serca czuję, że Szkoci powinni być postrzegani jako nacja, a nie część Wielkiej Brytanii, to uważam, że nie jest to dobry czas żeby wydawać biliony na nowe państwo.

Bo za to zapłacimy my wszyscy.

(P.S. Fakty o głosowaniu http://natemat.pl/117225,faq-szkocja-10-pytan-o-referendum-niepodleglosciowe-na-ktore-trzeba-znac-odpowiedzi) 

Wyspa Arran (dzień drugi).

Niełatwo jest opisać wycieczkę po 2,5 roku, ale spróbuję... Czas na drugą część relacji z dwudniowej wycieczki na Arran. Sporo czasu upłynę...