Nadszedł upragniony przez rodziców początek roku szkolnego. W końcu nie trzeba kombinować, co z tym biednym wynudzonym dzieckiem robić.
Syn dziś rano ledwo się wcisnął w szkolne spodnie. Na długość są dobre, ale w pasie... Cóż, trzeba będzie kupić nowe.
Wystrojony po swojemu, czyli czapka z daszkiem, bluza, plecak i buty sportowe, jednakowoż główne części stroju muszą być zgodne z regulaminem szkoły.
U nas jest to biała koszulka (polo lub koszula), czarne lub szare spodnie "garniturowe", czarne buty, czerwony sweter, bluza lub kardigan. Ubrania z logo szkoły zawsze są droższe niż bez - w każdym większym sklepie można kupić strój szkolny, różnej jakości i w różnych cenach. O ile bluza bez logo kosztuje powiedzmy £4, o tyle z logo - £8. Można kupić szkolną naszywkę i samemu przyszyć. Można mieć bez logo. Dla szkoły ważne jest, żeby kolory się zgadzały, przynajmniej z grubsza. Syn ma buty czarne, owszem, ale z seledynowymi wykończeniami. Bluzę nosi prywatną, granatową, bo szkolny ma polar i mu teraz za ciepło.
Nie ma się co stresować i przejmować. Tym bardziej, że co kilka miesięcy trzeba wymieniać na nowe, bo dzieci wyrastają - po co więc wydawać fortunę?
Na W-F, czyli PE (physical education) zapakował do worka szorty. Tyle. Buty sportowe ma na co dzień, szkolna polówka jako koszulka.
Żadnych podręczników, piórników, zeszytów, papierów kolorowych, wyprawek...
Młody dzisiaj tak szybko się zebrał, że wyszliśmy o 10 minut za wcześnie. Potem stał w bramie szkoły i wypatrywał swoich ulubionych kolegów. W tym roku jest w klasie z Kieranem, bo w zeszłym roku tak rozrabiali w czwórkę, że Alistair i Elliot zostali z nimi rozdzieleni. Na szczęście Kieran jest jego ulubionym kolegą od pierwszej klasy, a z pozostałymi chłopakami i tak się widują na zajęciach wspólnych i na lanczu.
Co roku jest też nowa nauczycielka; dzisiaj Syn podsumował, że jego "Pani McLeod jest najlepsza z P4". To się dopiero okaże, bo krótko się poznali w czerwcu; zawsze jest jeden dzień, kiedy dzieci poznają nową klasę, nauczycielkę i nowych kolegów, z którymi spędzą następny rok szkolny.
Niedługo zaczniemy też polską szkołę z projektu LIBRATUS. W czerwcu Syn pięknie zdał egzamin klasyfikujący do 3 klasy. Teraz musimy tylko zamówić mu podręczniki (w polskich księgarniach w UK koszt około £60-70). Dzięki temu, że szkoła jest internetowa, nie musimy też kupować wyprawki, stroju na W-F czy komitetu rodzicielskiego. Do podręczników kupimy kilka lektur (w tym roku ma "O psie, który jeździł koleją", chlip, chlip).
Nie musimy też zaczynać od 1 września, jak się zbierzemy to zaczniemy.
Proza życia powraca nieuchronnie.
środa, 19 sierpnia 2015
niedziela, 16 sierpnia 2015
Przyjęcie urodzinowe dla dzieci.
Twoje dziecko dostało zaproszenie na urodziny i nie wiesz co dalej? Oto, jak to wygląda w Szkocji.
Jeśli dziecko przyniesie do domu zaproszenie na przyjęcie, będzie na nim kilka informacji:
1. Kto zaprasza - imię kolegi lub koleżanki,
2. Gdzie odbędzie się przyjęcie - często jest to tylko nazwa miejsca, bez adresu - wtedy najlepiej podpytać innych rodziców lub wyszukać w internecie,
3. Data i godzina - najczęściej przyjęcie trwa 2 godziny,
4. RSVP czyli proszę potwierdzić przyjście - numer telefonu do rodzica.
Jeśli mamy już pewność, że nasze dziecko wybierze się na to przyjęcie, w dobrym tonie jest odpowiedzieć na zaproszenie. Nawet jeśli na pewno wiemy, że nie pójdzie, taka informacja też pomaga rodzicom, z bardzo prostej przyczyny: kosztów. Przyjęcie kosztuje średnio 10 funtów od gościa i wiedza, ile dzieci przyjdzie, pomaga rodzicom w planowaniu.
Czasem na zaproszeniu znajdziemy też temat urodzin: piłka nożna, królewny i królewicze, Frozen, Minionki, superbohaterowie, itp. W takim wypadku nasze dziecko może założyć tematyczny kostium - w Szkocji jest to popularny strój codzienny i odświętny dla dzieci.
A jaki dać prezent? Jeśli przyjęcie ma temat, to podpowie nam też co kupić w prezencie. Czasem wystarczy drobiazg, byle był ozdobiony odpowiednim obrazkiem. Szczerze mówiąc, my dajemy kasę. Po pierwsze: dzieci zawsze się cieszą z kasy, bo zawsze na coś zbierają, po drugie: trafienie z prezentem dla prawie obcego dziecka nie jest łatwe, po trzecie: jak pytam rodziców jubilata to zawsze mówią "kartka wystarczy". Pamiętajcie, że dzieci "główny", wymarzony prezent dostają zwykle od rodziny, rodziców, a Brytyjczycy wręcz przesadzają z podarkami dla swoich dzieci.
Kartka jest właściwie obowiązkowa. Wystarczy w środku się podpisać, często po imprezie dostaniemy notkę z podziękowaniem - za przyjście lub za prezent.
W pierwszym roku pobytu w Szkocji zostawałam z Synem podczas przyjęcia - zwykle na miejscu jest kawiarnia lub kącik kawowy dla rodziców, gdzie mogą przeczekać i mieć oko na swoich rozrabiaków. Po jakimś czasie, kiedy Syn się oswoił, zaznajomił z dziećmi i rodzicami oraz nie miał problemu z dogadaniem się po angielsku, zaczęliśmy go odwozić i przywozić. Czasem, jeśli są moje znajome mamy i chcemy poplotkować, zostaję na kawę, ale jak nie chcę, to nie muszę - na miejscu zawsze są dorośli ze strony jubilata i oni mają pieczę nad dziećmi i przebiegiem imprezy.
Ilość dzieci na przyjęciu może być różna - od 5 do 20. Po przyjściu zawsze zostawiamy prezent czy kartkę jubilatowi lub jego rodzicowi, a dziecko od razu leci do zabawy. Goście mają zapewniony poczęstunek oraz napoje, jest też tort.
Tortu dzieci nie jedzą na przyjęciu. Po zabawie goście dostają "paczkę w podziękowaniu" - torebkę z drobnymi słodyczami i zabawkami oraz... kawałkiem tortu. Ciasto to typowy, brytyjski "sponge" - biszkopt przekładany kremem, jadalny jeszcze długo po przyjęciu...
Jeśli dziecko przyniesie do domu zaproszenie na przyjęcie, będzie na nim kilka informacji:
1. Kto zaprasza - imię kolegi lub koleżanki,
2. Gdzie odbędzie się przyjęcie - często jest to tylko nazwa miejsca, bez adresu - wtedy najlepiej podpytać innych rodziców lub wyszukać w internecie,
3. Data i godzina - najczęściej przyjęcie trwa 2 godziny,
4. RSVP czyli proszę potwierdzić przyjście - numer telefonu do rodzica.
Jeśli mamy już pewność, że nasze dziecko wybierze się na to przyjęcie, w dobrym tonie jest odpowiedzieć na zaproszenie. Nawet jeśli na pewno wiemy, że nie pójdzie, taka informacja też pomaga rodzicom, z bardzo prostej przyczyny: kosztów. Przyjęcie kosztuje średnio 10 funtów od gościa i wiedza, ile dzieci przyjdzie, pomaga rodzicom w planowaniu.
A jaki dać prezent? Jeśli przyjęcie ma temat, to podpowie nam też co kupić w prezencie. Czasem wystarczy drobiazg, byle był ozdobiony odpowiednim obrazkiem. Szczerze mówiąc, my dajemy kasę. Po pierwsze: dzieci zawsze się cieszą z kasy, bo zawsze na coś zbierają, po drugie: trafienie z prezentem dla prawie obcego dziecka nie jest łatwe, po trzecie: jak pytam rodziców jubilata to zawsze mówią "kartka wystarczy". Pamiętajcie, że dzieci "główny", wymarzony prezent dostają zwykle od rodziny, rodziców, a Brytyjczycy wręcz przesadzają z podarkami dla swoich dzieci.
Kartka jest właściwie obowiązkowa. Wystarczy w środku się podpisać, często po imprezie dostaniemy notkę z podziękowaniem - za przyjście lub za prezent.
W pierwszym roku pobytu w Szkocji zostawałam z Synem podczas przyjęcia - zwykle na miejscu jest kawiarnia lub kącik kawowy dla rodziców, gdzie mogą przeczekać i mieć oko na swoich rozrabiaków. Po jakimś czasie, kiedy Syn się oswoił, zaznajomił z dziećmi i rodzicami oraz nie miał problemu z dogadaniem się po angielsku, zaczęliśmy go odwozić i przywozić. Czasem, jeśli są moje znajome mamy i chcemy poplotkować, zostaję na kawę, ale jak nie chcę, to nie muszę - na miejscu zawsze są dorośli ze strony jubilata i oni mają pieczę nad dziećmi i przebiegiem imprezy.
Ilość dzieci na przyjęciu może być różna - od 5 do 20. Po przyjściu zawsze zostawiamy prezent czy kartkę jubilatowi lub jego rodzicowi, a dziecko od razu leci do zabawy. Goście mają zapewniony poczęstunek oraz napoje, jest też tort.
Tortu dzieci nie jedzą na przyjęciu. Po zabawie goście dostają "paczkę w podziękowaniu" - torebkę z drobnymi słodyczami i zabawkami oraz... kawałkiem tortu. Ciasto to typowy, brytyjski "sponge" - biszkopt przekładany kremem, jadalny jeszcze długo po przyjęciu...
niedziela, 5 lipca 2015
Ogród Botaniczny Logan
Jak się ma męża ogrodnika, to się zwiedza parki, lasy i ogrody wszędzie, gdzie się jest. A że my wybraliśmy się ostatnio na malowniczy cypel Galloway, po drodze zahaczyliśmy o piękny i egzotyczny ogród - Logan Botanic Garden.
Wiele roślin z innych kontynentów, ciepłych krajów; roślin, które dzięki łagodnemu klimatowi Szkocji znakomicie sobie radzą, kwitną, pachną i goszczą rozśpiewane ptaki. Mąż pstrykał miliony zdjęć a ja napawałam się widokami, zapachami i dźwiękami.
Syn się strasznie nudził, więc dostał misję: uzbierać jak najwięcej opadłych liści, za każdy liść 5 pensów. Zarobił ponad 2 funty :)
Do zobaczenia jest "ogród drzewny", ogród ogrodzony murem (dzięki temu rośliny chronione są od wiatru, sekcje roślin z różnych części świata, szklarnia i muzeum.
Na miejscu jest restauracja a przemiła pani w informacji turystycznej opowiedziała nam gdzie warto zatrzymać się na dłużej i które rośliny akurat kwitną.
Żeby dojechać tam z Ayr trzeba się kierować na Drummor i trasa zajmuje niecałe 2 godziny.
Wiele roślin z innych kontynentów, ciepłych krajów; roślin, które dzięki łagodnemu klimatowi Szkocji znakomicie sobie radzą, kwitną, pachną i goszczą rozśpiewane ptaki. Mąż pstrykał miliony zdjęć a ja napawałam się widokami, zapachami i dźwiękami.
Syn się strasznie nudził, więc dostał misję: uzbierać jak najwięcej opadłych liści, za każdy liść 5 pensów. Zarobił ponad 2 funty :)
Do zobaczenia jest "ogród drzewny", ogród ogrodzony murem (dzięki temu rośliny chronione są od wiatru, sekcje roślin z różnych części świata, szklarnia i muzeum.
Na miejscu jest restauracja a przemiła pani w informacji turystycznej opowiedziała nam gdzie warto zatrzymać się na dłużej i które rośliny akurat kwitną.
Żeby dojechać tam z Ayr trzeba się kierować na Drummor i trasa zajmuje niecałe 2 godziny.
Podróż na koniec Szkocji.
Jest takie miejsce, z którego można zobaczyć Anglię, Irlandię, Wyspę Man i Szkocję jednocześnie, obracając się tylko dookoła siebie.

To miejsce to Mull of Galloway, najdalej na południe wysunięty cypel Szkocji. Droga do niego wiedzie - a jakżeby - przez pastwiska pełne krów i owiec. Tylko kilka kroków spaceru dzieli malowniczą Zatokę Luce i Morze Irlandzkie. Oprócz widoków, dech w piersiach zapierał nam także silny wiatr - dzień był dość pochmurny, trudno było chodzić a co dopiero robić zdjęcia.
Cypel bardzo urokliwy, a oprócz panoramy, malowniczego klifu i latarni morskiej, w okolicy można zobaczyć kilka ogrodów. My skusiliśmy się na Ogród Botaniczny Logan, ale o tym napiszę osobno.
Z Ayr jedzie się tam 2 godziny autem, a droga w większości przebiega nad brzegiem morza; nie muszę chyba dodawać, że widoki są nie do opowiedzenia. Choćby nasza znajoma, widziana z plaży "muffinka" czyli wyspa Ailsa Craig - z zupełnie innej perspektywy...
To miejsce to Mull of Galloway, najdalej na południe wysunięty cypel Szkocji. Droga do niego wiedzie - a jakżeby - przez pastwiska pełne krów i owiec. Tylko kilka kroków spaceru dzieli malowniczą Zatokę Luce i Morze Irlandzkie. Oprócz widoków, dech w piersiach zapierał nam także silny wiatr - dzień był dość pochmurny, trudno było chodzić a co dopiero robić zdjęcia.
Cypel bardzo urokliwy, a oprócz panoramy, malowniczego klifu i latarni morskiej, w okolicy można zobaczyć kilka ogrodów. My skusiliśmy się na Ogród Botaniczny Logan, ale o tym napiszę osobno.
Z Ayr jedzie się tam 2 godziny autem, a droga w większości przebiega nad brzegiem morza; nie muszę chyba dodawać, że widoki są nie do opowiedzenia. Choćby nasza znajoma, widziana z plaży "muffinka" czyli wyspa Ailsa Craig - z zupełnie innej perspektywy...
poniedziałek, 1 czerwca 2015
Wyspa Arran - wycieczka z noclegiem (dzień pierwszy).
Arran to jest ta duża wyspa, którą widzimy z plaży w Ayr. Żeby się na nią dostać, trzeba się wybrać do portu w Ardrossan (pociąg z Ayr z przesiadką, więc trzeba dobrze zaplanować czas podróży). Tym razem pokusiliśmy się o podróż autem, bo jednodniowe wycieczki pozostawiały nas w niedosycie. Autobusy miejskie po wyspie kursują, i owszem, tyle że rozkład jazdy nie jest przyjazny turystom, którzy mają mało czasu a dużo chcą zobaczyć.
Z tego też powodu wybraliśmy opcję z noclegiem, z założeniem, że pierwszego dnia zwiedzimy sporo, prześpimy się i drugiego dnia, do promu o 18:00, znów sporo zdążymy zobaczyć. W planowaniu pomogła nam książeczka Walks: Isle of Arran, którą można kupić w księgarniach internetowych a także w sklepach na wyspie.
Moje ulubione powiedzenie: "Bóg się śmieje z naszych planów", niestety sprawdziło się i tym razem. Nie zapominajmy, że to Szkocja, prognoza pogody podawana z wyprzedzeniem nie sprawdza się prawie nigdy. Na tydzień przed zaplanowanym wyjazdem zapowiadano ulewne deszcze a nawet burzę. Postanowiliśmy jednak zaryzykować, w duchu licząc na przejaśnienia i omylność synoptyków.
Z powodu złej pogody nasz prom został odwołany. Na szczęście powiadomiono nas dzień wcześniej, więc szybko zmieniliśmy plan wycieczki i wybraliśmy się na późniejszy prom. W konsekwencji zostało nam mniej czasu pierwszego dnia, ale za to mogliśmy dłużej pospać (zgadnijcie, kto się ucieszył najbardziej).
W dzień wyjazdu, zaopatrzeni w prowiant i sprzęt turystyczny, zaokrętowaliśmy się na prom w Ardrossan i z niepokojem obserwowaliśmy zachmurzone niebo. Sporym utrudnieniem był mocny wiatr; fale nieprzyjemnie kołysały statkiem.
Podróż do Brodick zajęła nam około 2 godzin. Na Arranie byliśmy około 13:00, za wcześnie żeby zameldować się na kempingu, więc od razu pojechaliśmy zwiedzać. Na pierwszy ogień poszły kamienne kręgi Machrie Moor.
Większość ludzi kojarzy angielski Stonehange; w Szkocji takich miejsc jest całkiem sporo, choć nie tak okazałych i osławionych jak ten. Aby dojść do kręgów w Machrie Moor trzeba przejść przez malowniczo położoną farmę, pełną owiec i jagniątek.
Kamienne pozostałości po ludziach datowane są na 4500 lat p.n.e. Obiekty są dobrze oznaczone i opisane, kto zna angielski na pewno skorzysta.

Jak widać na zdjęciach pogoda była średnio przyjemna, ale nie było aż tak źle, żeby nie wybrać się na następną wycieczkę. Najpierw jednak trzeba było zameldować się na kempingu (recepcja czynna tylko do 17:00).
Nie obyło się bez zabłądzenia, bo Shore Lodge nie jest zbyt dobrze oznakowane. Zajechaliśmy aż pod sam Brodick Castle, żeby uprzejma pani w informacji oświeciła nas, że wjazd na kemping znajduje się nieco wcześniej niż na zamek. Spodziewałam się jakiegoś sporego pola z domkami i miejscami na przyczepy czy namioty, a tymczasem nasza noclegownia okazała się malutka, kameralna, ukryta za murem i między drzewami.
Po "zalogowaniu" się w chatce wybraliśmy się na pobliski wodospad o magicznej nazwie Eas Mòr. Pośród wzgórz, kwiatów, pachnących świerków, ukryty jest zakątek niczym z innego kontynentu. Nie wiem dlaczego, miejsce to skojarzyło mi się z Kambodżą (nigdy nie byłam).
I tyle zobaczyliśmy pierwszego dnia. Wieczorem zrobiliśmy sobie kolację, po której zasiedliśmy przed kominkiem w pokoju wspólnym i ucięliśmy sobie pogawędkę z innymi gośćmi. Od wczesnego wieczora lał deszcz, więc pozostało nam zaszyć się w śpiworach i dać mu się ukołysać do snu.
c.d.n.
Z tego też powodu wybraliśmy opcję z noclegiem, z założeniem, że pierwszego dnia zwiedzimy sporo, prześpimy się i drugiego dnia, do promu o 18:00, znów sporo zdążymy zobaczyć. W planowaniu pomogła nam książeczka Walks: Isle of Arran, którą można kupić w księgarniach internetowych a także w sklepach na wyspie.
Moje ulubione powiedzenie: "Bóg się śmieje z naszych planów", niestety sprawdziło się i tym razem. Nie zapominajmy, że to Szkocja, prognoza pogody podawana z wyprzedzeniem nie sprawdza się prawie nigdy. Na tydzień przed zaplanowanym wyjazdem zapowiadano ulewne deszcze a nawet burzę. Postanowiliśmy jednak zaryzykować, w duchu licząc na przejaśnienia i omylność synoptyków.
Z powodu złej pogody nasz prom został odwołany. Na szczęście powiadomiono nas dzień wcześniej, więc szybko zmieniliśmy plan wycieczki i wybraliśmy się na późniejszy prom. W konsekwencji zostało nam mniej czasu pierwszego dnia, ale za to mogliśmy dłużej pospać (zgadnijcie, kto się ucieszył najbardziej).
W dzień wyjazdu, zaopatrzeni w prowiant i sprzęt turystyczny, zaokrętowaliśmy się na prom w Ardrossan i z niepokojem obserwowaliśmy zachmurzone niebo. Sporym utrudnieniem był mocny wiatr; fale nieprzyjemnie kołysały statkiem.
Podróż do Brodick zajęła nam około 2 godzin. Na Arranie byliśmy około 13:00, za wcześnie żeby zameldować się na kempingu, więc od razu pojechaliśmy zwiedzać. Na pierwszy ogień poszły kamienne kręgi Machrie Moor.
Większość ludzi kojarzy angielski Stonehange; w Szkocji takich miejsc jest całkiem sporo, choć nie tak okazałych i osławionych jak ten. Aby dojść do kręgów w Machrie Moor trzeba przejść przez malowniczo położoną farmę, pełną owiec i jagniątek.
Kamienne pozostałości po ludziach datowane są na 4500 lat p.n.e. Obiekty są dobrze oznaczone i opisane, kto zna angielski na pewno skorzysta.
Jak widać na zdjęciach pogoda była średnio przyjemna, ale nie było aż tak źle, żeby nie wybrać się na następną wycieczkę. Najpierw jednak trzeba było zameldować się na kempingu (recepcja czynna tylko do 17:00).
Nie obyło się bez zabłądzenia, bo Shore Lodge nie jest zbyt dobrze oznakowane. Zajechaliśmy aż pod sam Brodick Castle, żeby uprzejma pani w informacji oświeciła nas, że wjazd na kemping znajduje się nieco wcześniej niż na zamek. Spodziewałam się jakiegoś sporego pola z domkami i miejscami na przyczepy czy namioty, a tymczasem nasza noclegownia okazała się malutka, kameralna, ukryta za murem i między drzewami.
Chatkę wynajęliśmy z wyprzedzeniem i ze zniżką; bardzo miło byliśmy zaskoczeni infrastrukturą kempingu - wszystko nowe, sprawne i pachnące. Dobrze wyposażona kuchnia, sanitariaty, pokój wspólny z kominkiem.
Przed naszą chatką grill, miejsce na ognisko, krzesła i stolik. W chatce - podłoga, materace (śpiwory trzeba mieć), lodówka, czajnik, grzejnik. Można też wynająć pokój z łóżkami piętrowymi i pościelą.
Po "zalogowaniu" się w chatce wybraliśmy się na pobliski wodospad o magicznej nazwie Eas Mòr. Pośród wzgórz, kwiatów, pachnących świerków, ukryty jest zakątek niczym z innego kontynentu. Nie wiem dlaczego, miejsce to skojarzyło mi się z Kambodżą (nigdy nie byłam).
I tyle zobaczyliśmy pierwszego dnia. Wieczorem zrobiliśmy sobie kolację, po której zasiedliśmy przed kominkiem w pokoju wspólnym i ucięliśmy sobie pogawędkę z innymi gośćmi. Od wczesnego wieczora lał deszcz, więc pozostało nam zaszyć się w śpiworach i dać mu się ukołysać do snu.
c.d.n.
środa, 27 maja 2015
Piszemy piosenkę.
Drogi pamiętniczku,
dziś nasza grupa pisała piosenkę. Po angielsku. O "Great Tapestry of Scotland" (o której pisałam tutaj). Poważnie.
Cytując jednego z uczestników warsztatów, Piotra: "Jakby mi ktoś powiedział, że będę w Szkocji pisał po angielsku piosenkę o gobelinach, to bym mu w życiu nie uwierzył".
A brzmiało tak niewinnie, kiedy nasza Urszulka (nauczycielka z college'u ma na imię Orsolya) zapowiedziała nam, że idziemy na warsztaty z pisania piosenek. Warsztaty, pomyślałam, dużo ludzi, każdy coś robi, można zginąć w tłumie... I zgadnijcie, kto był najgłośniejszy i wpychał się przed szereg? Oczywiście JA!
Cała grupa z kursu angielskiego, wielonarodowościowa oczywiście, została podzielona na 3 stoły po 4 osoby. Każdy stół pracował nad własną piosenką. Na początku patrzyłyśmy na siebie w całkowitym osłupieniu, trzy Polki i Chinka, dukałyśmy jakieś nieskładne słowa, próbowałyśmy sklecić zdania. I nagle Alicja zaczęła pisać. Jak zaczęła, tak w 10 minut miałyśmy cztery zwrotki i melodię. Inspiracją był ten panel:
Fenomenalna zabawa! Pan, nazwijmy go, koordynator, zagrał nam muzykę, zaśpiewałyśmy, nagrano nas telefonem i obiecano wysłać nagranie mailem. Może nawet je wrzucę na bloga :)
Każdy stół wymyślił całkowicie unikalną piosenkę, różne były teksty, tempa, melodie i przekazy. Europejczycy i Azjaci, pracownicy fizyczni i kury domowe, z błędami, gramatyka leży, ale trzy piosenki stworzyliśmy. Wszyscy byliśmy bardzo zaskoczeni ogromem naszych możliwości.
dziś nasza grupa pisała piosenkę. Po angielsku. O "Great Tapestry of Scotland" (o której pisałam tutaj). Poważnie.
Cytując jednego z uczestników warsztatów, Piotra: "Jakby mi ktoś powiedział, że będę w Szkocji pisał po angielsku piosenkę o gobelinach, to bym mu w życiu nie uwierzył".
A brzmiało tak niewinnie, kiedy nasza Urszulka (nauczycielka z college'u ma na imię Orsolya) zapowiedziała nam, że idziemy na warsztaty z pisania piosenek. Warsztaty, pomyślałam, dużo ludzi, każdy coś robi, można zginąć w tłumie... I zgadnijcie, kto był najgłośniejszy i wpychał się przed szereg? Oczywiście JA!
Cała grupa z kursu angielskiego, wielonarodowościowa oczywiście, została podzielona na 3 stoły po 4 osoby. Każdy stół pracował nad własną piosenką. Na początku patrzyłyśmy na siebie w całkowitym osłupieniu, trzy Polki i Chinka, dukałyśmy jakieś nieskładne słowa, próbowałyśmy sklecić zdania. I nagle Alicja zaczęła pisać. Jak zaczęła, tak w 10 minut miałyśmy cztery zwrotki i melodię. Inspiracją był ten panel:
Fenomenalna zabawa! Pan, nazwijmy go, koordynator, zagrał nam muzykę, zaśpiewałyśmy, nagrano nas telefonem i obiecano wysłać nagranie mailem. Może nawet je wrzucę na bloga :)
Każdy stół wymyślił całkowicie unikalną piosenkę, różne były teksty, tempa, melodie i przekazy. Europejczycy i Azjaci, pracownicy fizyczni i kury domowe, z błędami, gramatyka leży, ale trzy piosenki stworzyliśmy. Wszyscy byliśmy bardzo zaskoczeni ogromem naszych możliwości.
piątek, 8 maja 2015
College welcome to?
Doszłam do wniosku, że jak nie spróbuję, to się nie przekonam, i złożyłam wniosek o przyjęcie mnie do college'u.
College to edukacja po średniej szkole, oferuje kursy zawodowe na różnym poziomie. Znalazłam sobie kurs o nazwie counselling, co na polski można przetłumaczyć jako poradnictwo (bo doradztwo kojarzy się z podatkami i bankami), w trybie "full time" czyli trzy dni w tygodniu. Nie wymagają wcześniejszego doświadczenia ani wykształcenia w tym kierunku, ba! nawet doświadczenie życiowe może być atutem, więc czemu by nie spróbować?
Zaaplikowałam przed Wielkanocą. Po kilku tygodniach dostałam list z zaproszeniem na grupową rozmowę kwalifikacyjną, podczas której dowiemy się więcej o kursie i zostaniemy ocenieni. Miałam przynieść referencje na załączonym formularzu, dokument potwierdzający adres (np. rachunek z moim nazwiskiem) i świadectwa lub dyplomy jeśli jakieś posiadam.
Wyznaczonego dnia czternastu kandydatów różnej płci i wieku zasiadło w pokoju, oddało swoje papiery jednej pani do wglądu, a pan w tym czasie zaprezentował nam w power poincie wszelkie aspekty kursu.
Po prezentacji podzielił nas na dwie grupy, każda z grup miała takie same zadania. Jedną grupę obserwowała pani, drugą - pan. Pierwsze zadanie polegało na wymienieniu jak największej ilości sytuacji, które mogłyby skłonić człowieka do szukania porady. W tym zadaniu oceniana była aktywność uczestników i umiejętność współpracy w grupie. To samo w drugim zadaniu, gdzie mieliśmy wymienić jak najwięcej cech, które posiadać powinien dobry "poradnik" (ang. counsellor). Trzecie, ostatnie zadanie, było pisemne: mieliśmy napisać co dla nas znaczy słowo "empatia", dlaczego chcemy zostać counsellorami, jakie 3 cechy sprawią, że będziemy w tym dobrzy i dlaczego.
Egzamin po zbóju, rzekłabym, tyle że wszystko po angielsku... Stres był spory, ale bardzo się cieszę, że zrobiłam ten krok. Co prawda pani powiedziała, że tylko kilka miejsc w grupie zostało dla nas, więc na wstępie 90% z nas odpadło, ale zawsze jest lista rezerwowa :)
Budynek szkoły praktycznie widzę przez okno, spacerkiem mam 5 minut. Fajnie byłoby się dostać.
College to edukacja po średniej szkole, oferuje kursy zawodowe na różnym poziomie. Znalazłam sobie kurs o nazwie counselling, co na polski można przetłumaczyć jako poradnictwo (bo doradztwo kojarzy się z podatkami i bankami), w trybie "full time" czyli trzy dni w tygodniu. Nie wymagają wcześniejszego doświadczenia ani wykształcenia w tym kierunku, ba! nawet doświadczenie życiowe może być atutem, więc czemu by nie spróbować?
Zaaplikowałam przed Wielkanocą. Po kilku tygodniach dostałam list z zaproszeniem na grupową rozmowę kwalifikacyjną, podczas której dowiemy się więcej o kursie i zostaniemy ocenieni. Miałam przynieść referencje na załączonym formularzu, dokument potwierdzający adres (np. rachunek z moim nazwiskiem) i świadectwa lub dyplomy jeśli jakieś posiadam.
Wyznaczonego dnia czternastu kandydatów różnej płci i wieku zasiadło w pokoju, oddało swoje papiery jednej pani do wglądu, a pan w tym czasie zaprezentował nam w power poincie wszelkie aspekty kursu.
Po prezentacji podzielił nas na dwie grupy, każda z grup miała takie same zadania. Jedną grupę obserwowała pani, drugą - pan. Pierwsze zadanie polegało na wymienieniu jak największej ilości sytuacji, które mogłyby skłonić człowieka do szukania porady. W tym zadaniu oceniana była aktywność uczestników i umiejętność współpracy w grupie. To samo w drugim zadaniu, gdzie mieliśmy wymienić jak najwięcej cech, które posiadać powinien dobry "poradnik" (ang. counsellor). Trzecie, ostatnie zadanie, było pisemne: mieliśmy napisać co dla nas znaczy słowo "empatia", dlaczego chcemy zostać counsellorami, jakie 3 cechy sprawią, że będziemy w tym dobrzy i dlaczego.
Egzamin po zbóju, rzekłabym, tyle że wszystko po angielsku... Stres był spory, ale bardzo się cieszę, że zrobiłam ten krok. Co prawda pani powiedziała, że tylko kilka miejsc w grupie zostało dla nas, więc na wstępie 90% z nas odpadło, ale zawsze jest lista rezerwowa :)
Budynek szkoły praktycznie widzę przez okno, spacerkiem mam 5 minut. Fajnie byłoby się dostać.
Wielki gobelin czyli Great Tapestry of Scotland.
Jak wszystkie dzieła sztuki, to również trudno jest opisać słowami i zdjęciami. Panele zaprojektowane przez artystę Andrew Crummy'ego przedstawiają wybrane momenty z historii Szkocji, od powstania wyspy, przez wojny, plagi, reformacje, rewolucję techniczną, wydarzenia sportowe, wynalazki, po dziś dzień. Na zdjęciach możecie zobaczyć jaką techniką zostały wykonane, chociaż oczywiście nie da się oddać całej urody paneli. Prostota i symbolika przekazu, kolory, świadomość pracy włożonej w każdy z elementów tego wielkiego gobelinu sprawiają, że ogląda się go z zapartym tchem. Jeśli będziecie mieli okazję, zobaczcie koniecznie tę wystawę. Wydaje się, że to tylko wyszywanki, ale efekt jest niesamowity. Wstęp wolny :)
niedziela, 12 kwietnia 2015
Ciągle pada?
Popularna opinia o Szkocji jest taka, że tu dużo pada. Na szczęście nie w naszym mieście - tu pogoda jest zbliżona do wrocławskiej, a deszcz nie psuje nam humorów tak często, jakby się można spodziewać.
Jednak jeśli przyjmiemy, że pada częściej niż w Polsce, to i ten widok częściej można podziwiać:
Jednak jeśli przyjmiemy, że pada częściej niż w Polsce, to i ten widok częściej można podziwiać:
Rozelle - blisko i pięknie.
Rozelle to park w odległości długiego spaceru od centrum miasta (ok. 30 min piechotą, 5 minut autem, 15 minut rowerem, co godzinę jeździ autobus). Piękny, zielony, kwitnący, z galerią sztuki i kawiarenką - stał się moim ulubionym miejscem.
Kawiarenka w Rozelle to mój adres na poprawę humoru, na odgonienie smutków, na miłe spędzenie kilku chwil. W ciepłe dni uwielbiam usiąść sobie w ogródku, popijać kawkę i patrzeć na otaczającą mnie zieleń, słuchać ptaków, obserwować owady.
W gorszą pogodę relaksuję się wewnątrz - wystrój kawiarni jest pastelowy, przytulny, a aromaty zawsze smakowite. Kawa i ciasta - w pierwszej trójce mojego prywatnego rankingu. W czasie ostatnie wizyty rozkoszowałam się jeszcze ciepłym ciastem czekoladowym i idealnym cappuccino. Mają tu szeroki wybór ciast i ciasteczek, tart owocowych i tortów. Jest to co prawda standard szkocki, czyli większość biszkoptowa z różnymi masami, ale smakują całkiem dobrze. Mężowi nie smakowała szarlotka, nie dorównała tej naszej, domowej, ale ciasto marchewkowe Syna było pyszne.
Serwują tu też jedzenie, ale jakoś zawsze decydujemy się na ciacho.
Potem zwykle wybieramy się na spacer po parku. Dziecko może się wybiegać, jest pełno miejsca na kopanie piłki albo jazdę na rowerze. O każdej porze roku coś innego przykuwa naszą uwagę, tym razem oczywiście wiosenne kwiaty.
W galerii można zobaczyć różnorodność wystaw - często okoliczne szkoły prezentują prace swoich uczniów, a także lokalni artyści czy okazjonalnie plastycy z innych stron świata. Wstęp do galerii jest wolny i zawsze miło popatrzeć na sztukę - przez małe i duże "s".
Kawiarenka w Rozelle to mój adres na poprawę humoru, na odgonienie smutków, na miłe spędzenie kilku chwil. W ciepłe dni uwielbiam usiąść sobie w ogródku, popijać kawkę i patrzeć na otaczającą mnie zieleń, słuchać ptaków, obserwować owady.
W gorszą pogodę relaksuję się wewnątrz - wystrój kawiarni jest pastelowy, przytulny, a aromaty zawsze smakowite. Kawa i ciasta - w pierwszej trójce mojego prywatnego rankingu. W czasie ostatnie wizyty rozkoszowałam się jeszcze ciepłym ciastem czekoladowym i idealnym cappuccino. Mają tu szeroki wybór ciast i ciasteczek, tart owocowych i tortów. Jest to co prawda standard szkocki, czyli większość biszkoptowa z różnymi masami, ale smakują całkiem dobrze. Mężowi nie smakowała szarlotka, nie dorównała tej naszej, domowej, ale ciasto marchewkowe Syna było pyszne.
Potem zwykle wybieramy się na spacer po parku. Dziecko może się wybiegać, jest pełno miejsca na kopanie piłki albo jazdę na rowerze. O każdej porze roku coś innego przykuwa naszą uwagę, tym razem oczywiście wiosenne kwiaty.
W galerii można zobaczyć różnorodność wystaw - często okoliczne szkoły prezentują prace swoich uczniów, a także lokalni artyści czy okazjonalnie plastycy z innych stron świata. Wstęp do galerii jest wolny i zawsze miło popatrzeć na sztukę - przez małe i duże "s".
wtorek, 7 kwietnia 2015
Kelvingrove i dinozaury.
Korzystając z wolnej Wielkiej Soboty wybraliśmy się na wycieczkę do muzeum Kelvingrove w Glasgow. Pokazują tam właśnie objazdową wystawę z Nowej Zelandii, pt. Wykluwanie się przeszłości - jajka i dzieci dinozaurów.
Żeby było zabawnie, żadne z nas nie pasjonuje się dinozaurami. Oczywiście są ciekawe, jako relikty przeszłości, ale nie zajmują nas jakoś szczególnie. Wystawa natomiast - super. Interaktywna, z dużą ilością eksponatów do dotykania, zabawy w archeologa, rekonstrukcje szkieletów, zdjęcia... Na specjalną uwagę zasługują wykopaliska z terenów Szkocji i wyspy Skye, warto chwilę poświęcić na skarby z własnego podwórka. W Glasgow wystawa gości do 16 sierpnia 2015 r.
Poza tą specjalną ekspozycją w muzeum można zobaczyć kolekcję obrazów, broni, sporą wystawę poświęconą naturze i jej ochronie - zwierzęta, minerały, las deszczowy, ginące gatunki.
W holu znajdują się ogromne organy i mogliśmy wysłuchać koncertu o 13:00.
Sam budynek jest bardzo malowniczo usytuowany nad rzeką, w parku, w sąsiedztwie innych zabytków oraz uniwersytetu.
A jak już wyszliśmy z muzeum po czterech godzinach zwiedzania, okazało się że ominął nas bardzo ładny dzień. Ale... nie żałujemy!
Żeby było zabawnie, żadne z nas nie pasjonuje się dinozaurami. Oczywiście są ciekawe, jako relikty przeszłości, ale nie zajmują nas jakoś szczególnie. Wystawa natomiast - super. Interaktywna, z dużą ilością eksponatów do dotykania, zabawy w archeologa, rekonstrukcje szkieletów, zdjęcia... Na specjalną uwagę zasługują wykopaliska z terenów Szkocji i wyspy Skye, warto chwilę poświęcić na skarby z własnego podwórka. W Glasgow wystawa gości do 16 sierpnia 2015 r.
Poza tą specjalną ekspozycją w muzeum można zobaczyć kolekcję obrazów, broni, sporą wystawę poświęconą naturze i jej ochronie - zwierzęta, minerały, las deszczowy, ginące gatunki.
W holu znajdują się ogromne organy i mogliśmy wysłuchać koncertu o 13:00.
A jak już wyszliśmy z muzeum po czterech godzinach zwiedzania, okazało się że ominął nas bardzo ładny dzień. Ale... nie żałujemy!
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Wyspa Arran (dzień drugi).
Niełatwo jest opisać wycieczkę po 2,5 roku, ale spróbuję... Czas na drugą część relacji z dwudniowej wycieczki na Arran. Sporo czasu upłynę...
-
Subiektywna lista aktorów pochodzenia szkockiego, których znam z filmów lub seriali. Jednych znacie bardzo dobrze a innych kojarzycie z twar...
-
Przy planowaniu wycieczek kierujemy się całkowicie subiektywnymi kryteriami. Zwykle szukamy miejsc, które wydają nam się interesujące - ogro...



























